Kolega Sebek przywiózł z Mostaru na
Bałkanach miód licząc na recenzję na Blogu Miodowym. Wierząc, że
przywozi miód z granatów, oczekiwał recenzji wystrzałowej,
zaczepnej, z pointą zmieniającą światopogląd w kupę gruzu, z
naciskiem najpierw na gruz, potem na kupę. Niestety Bałkani
(mieszkańcy Bałkanów) zrobili Sebka w kocioł i sprzedali mu miód
z figi, czyli Smokvę, żeby nie powiedzieć Ficus Carica. I z
recenzji miodu granatowego figa.
A miodzik swoją drogą miodzio.
Kleisty jak kauczuk czyli naturalny lateks (którego sporo w
figowcu), słodki jak miłość na greckich wyspach (miejcie
skojarzenia, póki wolność myśli nie zabroniona!). W świecie
figowców, jak i u ludzi, żeby wydać owoc, trzeba kwiatu młodzieży
zarówno męskiej, jak i żeńskiej, gdyż figowce są dwupienne.
Starożytni Grecy doszli do tego, żeby wieszać na drzewach żeńskich
gałązki z drzewa męskiego, zwanego caprificus. Stąd wzięło
nazwę zapylanie figowców - kapryfikacja.
Dzięki Sebek. Miód z Bałkanów
wzmógł moje chęci do szeroko pojętej kapryfikacji, czego i Wam
życzę!